niedziela, 31 lipca 2011

#14.


-Jesteśmy!- krzyknęła Lex i zahamowała z piskiem opon, tuż przed górką, z której wystarczyło zbiec i już się było na plaży. Opuściłam samochód. Reszta zrobiła dokładnie to samo, Toby i Aaron zaczęli z piskiem zbiegać z górki w tym samym czasie pozbywając się wszystkich ciuchów, które mieli na sobie. Nad brzegiem zostali już tylko w samych bokserkach i oboje rzucili się do wody, podsumowując? Zostawili nas z wszystkimi rzeczami, które my musieliśmy znieść na dół. Zabrałam tyle ile się dało, po czym wbiegłam z górki omal się nie wywracając z przeciążenia. Rzuciłam wszystko na piach, siadając zaraz później i wpatrując się w falujące morze. Dookoła nie było ani jeden żywej duszy, dosłownie nikogo, po za nami.
-Idąc wzdłuż plaży dojdzie się do centrum- usłyszałam zza pleców i odwróciłam się. Stał tam Luis i właśnie wskazywał i drogę, odwróciłam głowę w prawo wychylając się, jednak nic nie dostrzegłam. - To z kilometr drogi- uśmiechnął się i kiedy cała trójka była już na dole zabraliśmy się za rozbijanie namiotów, co wcale nie było takie łatwe. Mieliśmy jeden namiot trzy osobowy i dwa cztero, ja z Lex dostałyśmy ten pierwszy, co nam wcale nie przeszkadzało. Zabrałyśmy się za rozbijanie, nie szło nam to najlepiej.
-Kaleki z Was- machnął ręką Nathan, który wraz z Luis'em skończyli rozbijać drugi namiot, a my wciąż męczyłyśmy się z pierwszym. Naszą robotę dokończyli chłopacy, co poszło im sprawnie. Kiedy skończyliśmy wszyscy pobiegli do wody, prócz mnie, bo właśnie dostałam sms'a. 

 
Cześć Abbie, co tam u Ciebie? Czemu się nie odzywasz? Martwie się i tęsknie.



Uśmiechnęłam się pod nosem widząc wiadomość od Filipa, po czym zabrałam się za odpisywanie.

Mam teraz tydzień wolnego, tak więc wyjechałam z przyjaciółmi, u mnie wszystko w porządku, nie masz o co się martwić.

-Uwagaaaa nadchodzę! - usłyszałam głośny krzyk. Podniosłam głowę znad telefonu widząc biegnącego w moją stronę Nathan'a. Mokry do suchej nitki, z jego dłuższych włosów kapały pojedyncze kropelki wody, aż w końcu podbiegł do mnie i podniósł mnie, zarzucając sobie na na plecy.
-O, nie, nie, nie Nate, proszę- będąc już nad ziemią rzuciłam telefon na torebkę. Próbowałam się wydostać z uścisku chłopaka, jednak nic mi nie pomogło, ani proszenie, ani szczypanie go w plecy, ani kopanie. Chłopak rzucił mnie do wody, zupełnie nie przejmując się tym, że jestem w ubraniach. Poczułam jedynie jak zanurzam się pod wodą i nagle wypływam. Przetarłam całą mokrą twarz, czując jak makijaż spływa mi po policzkach. Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu chłopaka, który stał tuż za mną, nie chcąc dać za wygraną rzuciłam się na niego próbując go zatopić, jednak on ani drgnął, był zbyt silny by zgiąć się pod moim ciężarem. Stanęłam na przeciwko niego, krzyżując ręce na piersiach po czym uśmiechnęłam się szyderczo zanurzając się pod wodą. Chwyciłam go za kostki i mocno pociągnęłam w moją stronę, udało się, chłopak w przeciągu kilku sekund znalazł się pod wodą. Kiedy od wynurzał się ja czym prędzej popłynęłam po brzegu i pokierowałam się w stronę naszych namiotów po drodze ściągając z siebie bluzkę i spodenki. Owinęłam się ręcznikiem, który wyciągnęłam z torby a mokre ciuchy zawiesiłam na sznurze, który wcześniej rozwiesili chłopacy. Usiadłam obok Lex, z której również kapała woda, a w dłoniach trzymała papierosa co chwilę się z nim zaciągają. Zebrałam wszystkie moje włosy na jedną stronę po czym wycisnęłam z nich wodę, która skapała na piach.
-O czym myślisz? - spojrzałam na dziewczynę, która wyraźnie potrzebowała rozmowy, może nie o tyle rozmowy jak tego by ktoś przy niej posiedział.
-Zastanawiam się jakby to było- wzięła głęboki oddech unosząc wzrok na morze. - gdyby była tu Katie i Mary- wzruszyła ramionami uśmiechając się kącikiem ust. Czasami zastanawiałam się, czy aby na pewno wszyscy chcą mnie w tej paczce. Niby to Lex mnie do niej wkręciła, ale miałam wrażenie, że nie wpraszam, że w końcu zepsuję ich kilkuletnią przyjaźń. - ale cieszę się, że Ty jesteś- uśmiechnęła się, i objęła mnie ramieniem opierając swoją głowę na mojej. I właśnie tych słów mi było trzeba, chciałam żeby w końcu ktoś mi powiedział, że jestem tu mile widziana.
-Myślisz, że Mary wróci? -wpatrywałam się w chłopaków, którzy właśnie urządzali w morzu jakąś bitwę, nie wiedziałam na czym polega ta zabawa, ale musieli się świetnie bawić.
-Nie mam pojęcia- Lex wzruszyła ramionami po czym wcisnęła peta w piach. - Była moją najlepszą przyjaciółką, a ja nawet nie wiedziałam co się z nią dzieje- z oczu dziewczyny popłynęły łzy, które szybko wytarła. Czułam się jakbym znała ich kilka lat, jakby Mary była również moją przyjaciółką, bo w końcu to mi się ostatnia wyżaliła. Nie wiedziałam czemu to zrobiła, przecież miała Lex, miała Katie, a wybrała mnie.
-Patrzcie co mam! -krzyknął Toby biegnąc w naszym kierunku a w rękach trzymając martwą rybę.
-Toooooooooby!- krzyknęłyśmy obie odsuwając się jak najdalej mogłyśmy. Chłopak zatrzymał się dwa kroki przed nami po czym wyciągnął rybę w naszą stronę.
-Zobaczcie jaka śliczna, puci puci - obie z Lex skrzywiłyśmy się i odwróciłyśmy twarzy by nie patrzeć na to. - To nasza dzisiejsza kolacja- powiedział dumny rzucając nam rybę przed nogi, po czym z krzykiem wrócił do morza skacząc na Aarona.

           
                                                                                                              *

Usłyszałam głośne dźwięki dobiegające zza namiotu. Otworzyłam powieki sięgając po telefon, który leżał pod moją poduszką, było kilka minut po dziewiątej, Lex właśnie się przebudziła. Obie wyszłyśmy z namiotu a w tym samym czasie zrobił to Aaron jak i Nathan z Luis'em. Przed namiotami stał Toby, który łyżką uderzał o spód patelni, na której kilka godzin wcześniej smażyli rybę, gdy siedzieliśmy dookoła ogniska, które udało nam się rozpalić po pół godzinie.
-Dzień dobry wszystkim! Mamy piękny poranek, słonko świeci, ptaszki ćwierkają a śniadanko wciąż niezjedzone- krzyczał Toby nie przestając hałasować. Na każdego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, nawet moje usta uniosły się ku górze, co jest bardzo dziwne. Zazwyczaj gdy ktoś mnie obudzi, nie mam najmniejszych chęci na to by się uśmiechać czy też zaczynać jakąkolwiek rozmowę, na szczęście tym razem było inaczej.
-Następnym razem nie rób tyle hałasu- ziewają zwrócił mu uwagę Luis zabierając od niego patelnię i rzucając ją obok ogniska, a raczej kilku niewielkich gałęzi, które po nim zostały.
-To co na śniadanko? -zapytał przeciągając się Aaron, po czym poklepał się po gołym brzuchu.
-Pójdziemy do centrum- Toby wskazał ręką kierunek w którą stronę się udamy. Weszłam do namiotu, w którym przebrałam się w czyste ciuchy, nie zajęło mi to długo biorąc pod uwagę fakt, że nawet nie robiłam makijażu, bo nie miałam do tego warunków. Związałam włosy w niedbałego koka po czym powróciłam do przyjaciół, wszyscy byli gotowi by udać się na śniadanie. Całą szóstką udaliśmy się wzdłuż plaży, Toby z Aaron'em jak zwykle biegali po brzegu mocząc przy tym sobie spodnie, jednak nie przeszkadzało im to, liczyło się to, ze dobrze się bawią. Do centrum doszliśmy w około dwadzieścia minut, roiło się tam od ludzi, a my błądziliśmy szukając jakiegokolwiek baru, w którym w spokoju moglibyśmy skonsumować posiłek. W końcu zdecydowaliśmy się na niewielką, ale przytulną kawiarenkę. W powietrzu unosił się zapach świeżo pażonej kawy. Zajęliśmy miejsce tuż przy wielkim oknie, z narożną kanapą, na której od razu zajęłam miejsce biorąc do ręki menu, które składało się z jednej kartki. Na pierwszej stronie były wypisane przeróżne kawy, począwszy od expresso, poprzez mrożoną czy też capuccino, a na drugiej stronie wypisane były kanapki jakie tylko się chciało. Przeglądałam menu wraz z Lex, która siedziała obok mnie i po chwili nad naszymi głowami znalazła się młoda kelnerka.
-Fiufiu, cóż za słodycz- zagwizdał Aaron opierając się z wrażenia. Kobieta jedynie uśmiechnęła się słodko po czym zebrała od wszystkich zamówienia zapisując je w niewielkim notesiku. Zamówiłam gorącą kanapkę i do tego capuccino z dwoma łyżeczkami cukru. Na posiłki nie musieliśmy długo czekać, pewnie dlatego, że pracowników było więcej jak klientów. Po kilku minutach każdy z nas mógł zajadać się przepysznymi kanapkami, które popijaliśmy ciepłą kawą.



                                                                                                           *

   -Mój brzuch krzyczy- zaczął Toby, który zatrzymał się i wypiął brzuch po czym kaszlnął pod nosem- aaa, po coś tyle jadł, zaraz pęknę- krzyczał, a raczej piszczał Toby, próbując nadać inną barwę głosu, udało mu się, ludzie aż zaczęli zwracać na niego uwagę, my jedynie zaśmialiśmy się próbując nie zwracać na niego uwagi i udaliśmy się przed siebie.
-Paaaaaaaaatrzcie!- krzyknął Nathan wskazując dłonią na wielkie wesołe miasteczko, moja mina zrzędła, po ostatnim raznie mam dość tego typu miejsca, kto wie co się tym razem może wydarzyć. Chłopak jedynie spojrzał na mnie poruszając w zabawny sposób brwiami. - Nie mów, że nie chcesz tam iść- szturchnął mnie po czym zarzucił swoją rękę na moje ramię. Reszta już była w drodze do krainy zabawy, a my wciąż staliśmy na środku tamując przejście. Westchnęłam pod nosem po czym ruszyłam wraz z chłopakiem do wyznaczonego celu, wiedziałam, że nie zdołam go przekonać, po za tym reszta już stała w kolejnce po bilety na jedną z karuzeli.
-Ja biorę konika- krzyknął zadowolony Aaron wsiadając na... powiedziałabym, że to raczej kucyk, ale niech mu będzie. Ja zajęłam zwierzę tuż za nim, na moje oko był to słoń, trochę zdeformowany, ale trobę miał. I karuzela ruszyła, oprócz nas było jeszcze kilka osób, będących w przedziale wiekowym od trzech do dziesięciu góra dwunastu lat, cóż, trzeba nadrobić stracone lata dzieciństwa, mimo, że wcale ich nie straciłam. Po kilku kółkach karuzela się zatrzymała a miły starszy pan poprosił o opuszczenie swoich miejsc, więc wszyscy to uczyniliśmy.
-Czadowo- skomentował Nate, rozglądając się za kolejną atrakcją tego miejsca. Chyba tylko ja i Lex nie bawiłyśmy się najlepiej, może z racji tego iż chłopacy wybierali takie rzeczy na które my wcale nei miałyśmy ochoty iśc, właściwym przykładem były ta karuzela, na której dokładnie było napisane, że do lat piętnastu. Zastanawiam się jak udało im się przekonać tego mężczyznę, że nie mamy więcej lat. 



Zadano mi pytanie "Czy najpierw szukam zdjęć a później biorę się za pisanie rozdziału". Otóż nie, najpierw skupiam się na pisaniu, a później staram się dobrać odpowiednie zdjęcie, za którym muszę wiele stron przeszukać. : ) 

sobota, 30 lipca 2011

#13.

 Do moich uszu dobiegło uporczywe wciskanie klaksonu, co sygnalizowało, że przyjechano po mnie. Zarzuciłam torbę na ramię rozglądając się dookoła, musiałam się upewnić, że niczego nie zapomniałam. Sięgnęłam po klucze, które zawieszone były na haczyku, na drzwiach po czym opuściłam dom, zamykając drzwi na wszystkie możliwe sposoby. Przed samochodem stał Luis, który zabrał ode mnie torbę i rzucił ją na dach dokładnie zabezpieczając. W samochodzie byli już wszyscy prócz Katie, po nią mieliśmy jechać na końcu, bo mieszkała najdalej. Wsiadłam do pojazdu. Luis kierował, obok niego siedziała Lex, która zajęła chyba najlepsze miejsce z możliwych. Mi pozostało siedzenie z tyłu, wraz z Aaronem, który siedział za Lex, obok niego Toby, a obok Toby'ego Nathan, więc wszyscy musieliśmy się ścisnąć i jakoś zmieścić na tyle, gdzie miejsca było dla trzech. Jechaliśmy nieprzepisowo, jednak chyba nikt nie zwrócił na to szczególnej uwagi, najwyżej nas złapią i dostaniemy mandat. Po chwili zaparkowaliśmy pod domem Katie, po którą poszła Lex.
-Nathan, wbijasz mi łokieć w żebro- zgięłam się w pół szturchając chłopaka. To nie był najlepszy pomysł, już ledwo co dawałam radę, a przed nami kilka godzin jazdy. W samochodzie panował gwar, każdy coś krzyczał zupełnie nie zwracając uwagi na osoby trzecie. Jednak ten hałas umilkł gdy do samochodu weszła Lex, bez Katie i bez uśmiechu na twarzy, z którym przed chwilą opuszczała ten pojazd. Wychyliłam się.
-Gdzie Katie?- spojrzał na nią, co zrobiłam nie tylko jak, gdyż reszta również wychyliła się do przodu, przez co zrobiło się jeszcze ciaśniej. Sprzedałam jedynie cios Nate'owi, który od razu oparł się i momentalnie zrobiło się luźniej.
-Wyjechała, oddali ją, oddali ją do psychiatryka - Lex wybuchła histerycznym płaczem, na co zareagowała reszta. Aaron siedzący za nią położył jej ręka na ramieniu, a Luis nie czekając dłużej przytulił ją do siebie. Z każdej twarzy momentalnie zniknął uśmiech.
-Może to tym lepiej dla niej- wyszeptał Toby, jakby bał się to powiedzieć. I miał rację. Lex od razu odwróciła się i nie czekając dłużej uderzyła go w głowę. -Co?- krzyknął na cały samochód krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.- To jej pomorze, sama wiesz, w jakiej była sytuacji, dwa razy próbowała popełnić samobójstwo, nie rozstawała się z notesem, nie było z nią żadnego kontaktu- słysząc te słowa, nie potrafiłam nawet drgnąć. Każdy element mojego ciała nagle zesztywniał. Czy mówili o tej dziewczynie którą znałam? O tej drobnej blondynce, która zawsze na twarzy miała namalowany uśmiech? Czy ona mogłaby chcieć odebrać sobie życie. Po słowach, które wypowiedział Toby, wszystkie pary oczu zostały skierowane na mnie. Zacisnęłam jedynie usta po czym oparłam się o siedzenie, odwracając twarz w stronę okna. Nie była to moja sprawa, nie znałam ich tak dobrze jak oni znali siebie. Nie powinnam się wtrącać do tego, powinnam chyba założyć słuchawki i przestać słuchać ich kłótni.
-Kurwa zamknijcie się wreszcie!- krzyknął Aaron, który przez całą tą aferę siedział cicho, zupełnie jak ja. Wszyscy momentalnie umilkli. - Każdy z nas chciałby żeby była z nami Katie, ale to niemożliwe, tak? -jego głos był stanowczy, mówił tak jakby był tutaj najstarszy i najmądrzejszy, ale zgadzałam się z jego zachowaniem. Wszyscy jedynie przytaknęli głowa. - Więc spędzimy ten tydzień sami, bez niej, a później wyciągniemy ją z tego gówna- miał rację czy nie, ale wszyscy przystali na tą propozycję i Luis nie czekając dłużej ruszył sprzed jej domu. Tak więc, zostawiamy Londyn na cały tydzień.
Uchyliłam powieki, dopiero po chwili przypominając sobie gdzie jestem. W samochodzie panowała cisza, wszyscy spali prócz kierowcy, którym tym razem był Nathan. Rozejrzałam się, obok mnie znajdował się Toby, Aaron i Luis, ok, wszystko się zgadza.
-Prześpij się jeszcze- usłyszałam głos dobiegający z przodu. Nachyliłam się tak by nie musieć mówić głośno, tylko kierować słowa od razu do ucha chłopaka.
-Mam taki zamiar, tylko powiedz mi ile jeszcze będę musiała siedzieć w tym samym miejscu. -uśmiechnęłam się pod nosem, kątem oka spoglądając na wyświetlającą się godzinę tuż obok licznika prędkości. Była dwudziesta trzecia, jechaliśmy już sporo czasu, z tym, że od czternastej do osiemnastej mieliśmy postój. Normalnie postoje trwają po kilkanaście minut, jednak z nami było inaczej. Weszliśmy do wielkiej galerii, w której ja wraz z Lex znalazłyśmy masę wspaniałych sklepów a faceci pokierowali się do salonu rozrywki, tak więc cztery godziny w plecy.
-Szacuję, że koło siódmej rano powinniśmy być na miejscu, biorę pod uwagę fakt, że zaraz zjadę na pobocze i sam prześpię się dwie godziny- poczułam, że chłopak się uśmiecha, więc ja zrobiłam to samo, rozburzając jego włosy. Powróciłam do poprzedniej pozycji i naciągnęłam na siebie koc, którym byłam nakryta wraz z pozostałą trójką. Oparłam głowę o szybę i pozwoliłam sobie na kolejne godziny snu.
Do mojej głowy, poprzez uszy zaczął wkradać się dźwięk, dźwięk jakiejś piosenki, nie wiedziałam czy mi się to śni, czy na prawdę gdzieś coś gra. Uchyliłam jedną powiekę, czyli się obudziłam, a muzyka nie przestawała grać. Dochodziła ona z lewej strony, z dołu, ach tak.
-Toby- szturchnęłam go, za pierwszym razem nawet nie drgnął, więc szturchnęłam go po raz drugi, aż się w końcu ocknął i zaczął wyciągać telefon z kieszeni, przy tym pchając mnie na szybę, ledwo zdołałam oddychać. -Ałaaa, Toby- wysyczałam przez zaciśnięte zęby, a ten jedynie wyszczerzył się wyciągając telefon i przykładając go do ucha. Tym razem prowadził Luis, chyba tylko on i Nate mieli prawo jazdy. Lex wciąż spała, a pozostała reszta została obudzona w ten sam sposób co ja. Aaron sięgnął po butelkę coca coli i zamoczył w niej usta wypijając połowę zawartości a na sam koniec beknął na cały samochód tym samym budząc Lex.
-Aaron, świnio - dziewczyna rzuciła w niego poduszką, którą miała pod głową, jednak chłopak miał refleks i zdążył ją złapać nim ta w niego uderzyła. Toby zaczął się śmiać przybijając mu pione. I po raz kolejny naszło mnie pytanie, z kim ja się zadaje? Chociaż mimo wszystko uwielbiałam ich, nawet kiedy zachowywali się tak obrzydliwie.
-Zróbmy chwilę postoju, muszę wyprostować nogi- nachyliłam się nad Luis'em, który skoncentrowany był na drodze, słysząc moją prośbę od razu skręcił na pobocze, mając szczęście, że akurat mijaliśmy stację benzynową, tak więc każdy mógł iść i załatwić swoją potrzebę. Wszyscy wyszliśmy z samochodu, przeciągnęłam się wdychając świeżego powietrza, którego tak mi teraz było potrzeba. Mimo, że w aucie mieliśmy wszystkie okna otwarte, to to, nie to samo, wciąż było duszno a przede wszystkim ciasno, przez co ledwo mogłam oddychać. Luis oparł się o maskę samochodu wpatrzony we mnie. Aaton gonił Toby'ego nie wiem co mu zrobił, ale od razu mu współczuję jeśli wpadnie w jego ręce, a Lex i Nathan poszli do niewielkiego sklepu załatwić swoje potrzeby. Podeszłam do chłopaka stając na przeciwko niego.
-Co u Ciebie? - muszę przyznać, że po pobiciu nie było śladu, może po za niewielką blizną pod jego wargą, która jak widać dobrze się goi.
-Wszystko w porządku- pokiwał głową, uśmiechając się w moim kierunku. - Byłem w sobotę na wielkich lodach, do teraz mnie boli brzuch- chłopak podniósł swoją koszulkę i poklepał się po brzuchu. Aż zaniemówiłam widząc jak dobrze jest zbudowany, nigdy bym nie powiedziała, że ktoś taki jak Luis może ukrywać coś takiego pod zwykłym t-shirt'em.
-Teraz ja mogę poprowadzić- zaproponowała Lex, czyli cała trójka miała prawo jazdy, w sumie tym lepiej, że ani Aaron ani Toby nie mieli, z nimi na pewno bałabym się wsiąść do samochodu.
-Ja siadam z przodu- krzyknął Aaron schodząc z leżącego na podłodze Toby'ego i zostawiając go sam na sam z bólem brzucha, nie wiem co mu zrobił, ale Toby nieźle się zwijał. Aaron zajął już swoje miejsce wyciągając przed siebie nogi, a za raz za nim reszta weszła do samochodu, prócz Toby'ego i mnie. Westchnęłam pod nosem podchodząc do leżącego chłopaka i wyciągnęłam w jego kierunku dłoń.
-Wstawaj mazgaju- zaśmiałam się i chłopak chwycił moją dłoń wstając z ziemi. Na jego twarzy był szeroki uśmiech i dumnie kroczył w stronę samochodu. On i Aaron zachowywali się jak bracia, ciągle się bili, wpadali na takie same pomysłu i zawsze byli dumni z czegoś czego raczej powinni się wstydzić. Oboje wsiedliśmy do samochodu, tym razem nie miałam takiego szczęścia i nie siedziałam przy szybie a pomiędzy Nathan'em i Toby'm. Zostało nam około dwie godziny jazdy, co zleciało bardzo szybko, pod koniec Aaron pozwolił mi usiąść z przodu, za co byłabym mu wzięczna gdyby nie fakt, że po dziesięciu minutach byliśmy na miejscu i nawet nie zdążyłam się nacieszyć tym, że mogę w końcu wyciągnąć nogi, a nie siedzieć skulona pomiędzy chłopakami.

piątek, 29 lipca 2011

#12.

 W drodze do szkoły towarzyszył mi Nate, przyszedł po mnie, co mnie zaskoczyło. Mówił, że przechodził obok i postanowił po mnie wstąpić, oczywiście, nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie, to miłe, że w końcu mogę z kimś porozmawiać w piętnastominutowej drodze do szkoły. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, pokazywał mi zdjęcia jakie wczoraj udało mu się zrobić w wesołym miasteczku. Później mówił, że nawet na facebook'u napisał sobie stastu, cytuję " Kocham wesołe miasteczka" słysząc to aż wybuchnęłam śmiechem.
-A nawet nie wiesz ile osób polubiło ten status!- już dawno przestaliśmy na ten temat rozmawiać, od tej rozmowy minęło chyba z siedem minut, a on nagle, jak gdyby nigdy nic powrócił do tego tematu.
-Ile? - spojrzałam na niego, interesowało mnie to, mimo, że zaraz mogłam wejść na facebook'a i sama to sprawdzić, jednak nie chciałam chłopakowi odbierać tej przyjemności.
 -Czekaj, sprawdzę- wyciągnął telefon z kieszeni. Nie minęła minuta a chłopak podskoczył z radości. - Dziewiętnaście!- krzyknął zadowolony, ściskając mnie mocno. Na prawdę obawiam się, że jest z nim coś nie tak.
-Brawo!- udałam równie zadowoloną jak on i oboje pokierowaliśmy się ku naszym znajomym, którzy w spokoju siedzieli przy drzewie. Każdy z nich robił co innego. Katie oczywiście notowała, Lex malowała paznokcie, Luis słuchał muzyki, Toby przepisywał zadanie domowe a Aaron palił papierosa. Wszyscy widząc nas jedynie skinęli głowami, chyba wciąż nie otrząsnęli się po zniknięciu Mary. Z mojej twarzy momentalnie zniknął uśmiech i spojrzałam jedynie na Nate.
-O co chodzi? -zapytał chłopak, kopiąc but Luis'a by ten zdjął słuchawki. Oczywiście nikt nie zamierzał odpowiedzieć, wszyscy spojrzeli na niego wzrokiem 'przecież wiesz'. - To był jej wybór, nikt nie jest temu winien, a jeśli już ktoś jest to tylko i wyłącznie Ja, więc jedyne co mogę powiedzieć to przepraszam- Nate wzruszył ramionami, było mi go szkoda, spojrzałam na przyjaciół a zaraz później na oddalającą się sylwetkę chłopaka.
-Nathan, czekaj- krzyknęła Lex, i chłopak bez zastanowienia zatrzymał się i odwrócił w naszym kierunku. Po kilku sekundach ruszył z miejsca i znowu stał obok mnie.
-Zapalisz? - z wielkim uśmiechem Aaron wyciągnął w kierunku chłopaka paczkę papierosów. Nate oczywiście nie odmówił i już po chwili zaciągał się tym świństwem. Nawet nie zdążyłam usiąść a usłyszałam dźwięk dzwonka dobiegający z budynku obok. Wszyscy leniwie się zebrali i ruszyliśmy ku szkole. Rozdzieliliśmy się i zostałam sama z Luis'em, który właśnie wyciągał z szafki ciuchy mojego brata.
-Jeszcze raz, dzięki wielkie. - zabrałam od niego ubrania po czym oboje udaliśmy się do mojej szafki a zaraz później na lekcje. Zajęcia mijały w niebywale szybkim tempie, na angielskim nauczyciel jak zwykle bez przerwy nawijał i omawiał kolejną lekturę. Później matematyka, której wręcz nie znosiłam, a tutaj jak się okazało mamy test, na którym gdyby nie Luis nic bym nie napisała. I ostatnie dwie lekcja to zajęcia z dziennikarstwa, nie wiem czy wspominałam, ale uczęszczam na profil dziennikarski. Po piętnastej byłam już wolna, jak cała reszta uczniów w tej szkole. Wraz z Luis'em wyszliśmy przed szkołę gdzie czekała na nas reszta.
-Jeszcze tylko piątek i mamy cały tydzień wolnego! -krzyknął Toby i opadł na ławkę, która znajdowała się tuż za nim. Tydzień wolnego? Jak to? przecież dopiero zaczął się rok szkolny, a tutaj znowu wolne? Nie żeby mi to przeszkadzało, ale po prostu dziwią mnie niektóre rzeczy.
-Jedziemy nad morze, prawda? - usłyszałam głos dobiegający z mojej prawej strony, była to Lex. Wszyscy przytaknęli głowami i nagle rozeszli się każdy w swoją stronę, zostałam jedynie ja, Nathan i Aaron, zazwyczaj zostawałam z nimi, bo wszyscy szliśmy na to samo metro, jednak jeździliśmy zupełnie innymi pociągami. Pokierowaliśmy się w stronę wyznaczonego celu, oczywiście po drodze nie odbyło się bez śmiechu, bez bicia się, czy też gonienia, i na stacje doszliśmy koło szesnastej. Pożegnałam się z nimi widząc nadjeżdżający pociąg. Oczywiście w metrze z bacznością obserwowałam osoby znajdujące się w polu mojego widzenia. Pierwsza osoba, która została przeze mnie napotkana to młody mężczyzna, coś ponad dwudziestkę, ubrany w garnitur i śmiejący sie do telefonu, obstawiam, że rozmawia z żoną, dziewczyną bądź kochanką. Druga osoba? to zdecydowanie dziewczyna czytająca książkę, nie zdołałam ujrzeć tytułu, jednak musiała być interesująca ponieważ dziewczyna uśmiechała się sama do siebie. Następnie, młoda para, zakochani w sobie po uszy, nie odkleili się od siebie nawet na moment. Do moich uszu dobiegł komunikat, że następna stacja to "North Wembley". Zerwałam się z miejsca kierując się ku wyjściu i kiedy pociąg zahamował wyskoczyłam z niego udając się w stronę schodów, które miały mnie prowadzić na zewnątrz. Moja dzielnica na ogół była spokojna, ale to za pewne tylko dlatego, że była monitorowana i nikt nie odważył się naruszyć niczyjej prywatności.
-Abbie Gabbie, pozwól na chwilę- ledwo weszła do domu, a już czegoś ode mnie chcą. Westchnęłam pod nosem i weszłam do kuchni skąd dochodziły krzyki. Przy stole siedział mój brat, który mnie wołał, a obok niego mój ojciec i matka, nie wiedziałam o co chodzi, jednak chciałam się dowiedzieć, dlatego również usiadłam przy stole, wpatrzona w moją rodzinę.
-Wyjeżdżamy na tydzień do Liverpool'u do cioci- zakomunikował ojciec. Mieszka tam jego brat, nie miałabym nic przeciwko temu wyjazdowi gdyby nie to, że już miałam wielkie plany związane z moimi znajomymi, a musiałam coś wykombinować. Słynę z tego, że potrafię kłamać, a równiez z tego, że szybko potrafię znaleźć wymówkę, w którą zawsze rodzice wierzą.
-W tym sęk, że ja muszę zrezygnować- udałam zawiedzioną i namalował na mojej twarzy smutek. Mój brat uśmiechnął się szyderczo pod nosem, wiedział, że kłamię, chyba jedynie on potrafił mnie rozszyfrować.
-Dlaczego? Jaki masz powód?- zapytała moja matka, która wciąż była na mnie zła.
-Przez ten tydzień wolnego muszę zrobić projekt do szkoły, a tam nie będę miała warunków, sama wiesz jacy są moi kuzyni- uśmiechnęłam się wstając od stołu. Ojciec jedynie pogłaskał moją dłoń, czasami zastanawiałam się, czemu w tym domu głową rodziny jest moja matka, to było strasznie intrygujące.
 Pozostał jedynie weekend i miał się zacząć wspaniały tydzień w moim życiu. Wraz ze znajomymi ustaliliśmy, że wybierzemy się do Brighton, nigdy tam nie byłam więc zdana byłam na przyjaciół. Sobota minęła bardzo szybko, spędziłam ją głównie w domu, pojechałam jedynie z ojcem do sklepu by zakupić rzeczy do mojego pokoju, musiałam w końcu nim się zająć. Udało mi się kupić tapetę o której nawet nie marzyłam, była ona idealna do mojego pokoju, cała biała w małe wieże Eiffla. Kupiłam również naklejki na szafę, także z wieży Eiffla. Paryż to było miasto, które kochałam od dziecka, zawsze marzyłam by tam pojechać, wiele razy proponował mi to mój ojciec, jednak za każdym razem odmawiałam. Chciałam odwiedzić to miasto, z odpowiednią osobą, z osobą, którą będę kochać całym sercem, miałam taką osobę, oczywiście był to Filip, jednak z nim nigdy nie planowałam wyjazdu do Paryża. I ostatni mój zakup to wielka, różowa skrzynia, którą postawiłam przed łóżkiem. Wywołałam wielkie zdjęcie moich przyjaciół z Polski, oraz przyjaciół z Londynu, udało mi się jakieś znaleźć na facebook'u, gdzie znajdują się wszyscy, łącznie z Mary. Niedziela, również minęła bez żadnych rewelacji, wymknęłam się z domu tylko po to by kupić potrzebne rzeczy na wyjazd, które później musiałam jakoś przemycić na górę do swojego pokoju, tak by żaden z domowników tego nie dostrzegł, udało się. Rodzice mieli wyjechać w niedziele, w nocy i tak się stało. Koło pierwszej już ich nie było w domu, a ja zabrałam się za pakowanie, o ósmej musiałam być na nogach, gdyż o dziesiątej mieli po mnie podjechać.